o książkach i nie tylko

Posts tagged “horror

o! o! o! [Mainstream – Miroslav Pech]

‚Lato wybuchło z całych sił’ śpiewał kiedyś Rogucki jakoś w tym roku teraz przystopowało tak jak mój powrót na bloga, ale co się uciecze to nie z jednego pieca pierś ssała. Dobra musiałem zacząć jakoś abstrakcyjnie co by Was przygotować na klimat dziwny i groźny. Czeski film kojarzy się właśnie z takim czymś co nie wiadomo o co chodzi, a czeski horror? thriller? gore? Czeskie gore. Brzmi co najmniej groteskowo. I pewnie ze względu na język czeski i jego brzmienie uśmiech u nas się pojawiał w końcu to u nich jahodewe zmarzliny to lody.. truskawkowe. Czy Miroslav Pech napisał horrora z humorem? Śpieszę od razu z odpowiedzią. NIE. Czy jest to książka dla wszystkich? NIE. Czy jest krew? TAK. Czy jest dużo krwi? TAK. Czy jest co oprócz krwi? TAK. Czy to ostatnie pytanie? TAK.

Dobra. Książka jest dość krótka. Taka na jeden wieczór no góra dwa. W zależności czy wytrzymacie. No ale najpierw o fabule. Klara i Maciej są małżeństwem i rodzicami dwumiesięcznej Sary. Ich małżeństwo przechodzi kryzys. Maciej jakoś nie może się odnaleźć w roli głowy rodziny, a do tego dostaje dziwny film w pracy, który trudno mu zrozumieć. Sytuację ma ratować poniekąd wyjazd na zadupie na Boże Narodzenie. Tam zaczynają się dziać rzeczy, których nikt nie kontroluje.

Mając świadomość tego jak horror ekstremalny jest specyficznym i często wstrząsającym gatunkiem możemy odnieść wrażenie, że tutaj autor niespiesznie nam dawkuje owe emocje. Fakt, Maciej i jego niepokój i trochę irytujące zachowanie może te emocje przywołać, ale zanim cokolwiek zdążymy pomyśleć przeskakujemy w gore i już lecimy do końca i zaliczamy zjazd jak dziecko na ślizgawce i lektura się kończy. W drugiej części gdy poznajemy historię Klary czegoś jeszcze mi brakowało, ale może to po prostu taka dawka miała nam starczyć i autor nie chciał drążyć tematu w końcu ile można się babrać w…

Jakby tu jeszcze Was zachęcić. Powiem tak, to trzeba lubić. Ketchum, Edward Lee te sprawy. Jak Was kiedyś ich lektury zaciekawiły to tu w tej krótkiej książce odnajdziecie się, a jak nie to będziecie mieli się okazję poczuć zagubieni niczym nasi piłkarze na mundialu.

Wydawnictwo Stara Szkoła
Mainstream, Miroslav Pech
s. 181, 2018 rok wydania 
Ocena: 4/5
O książce na goodreads

Dom z historią [Walhalla – Graham Masterton]

Craig Bellman. Prawnik, który jest na fali wznoszącej. Właśnie podąża na spotkanie z kontrahentem, a tu wszystko nie tak. Egipski taksówkarz nie chcący podąrzać sugerowaną przez niego trasą wywala go z taksówki na deszcz gdzie w błocie i deszczu musi spieszyć się do biura. Po drodze zaczepia go dziewczyna sugerując, że jacyś kolesie zaciągnęli jej koleżankę do opuszczonego lokum i tam z nią już się zabawiają. Craig mimo braku czasu postanawia pomóc, a tam dwóch oprychów już czeka na niego i jego kasę. Wszystko kończy się drastycznym spotkaniem młotka i nabiału. Od tego momentu życie naszego bohatera zwalnia i jego męskość i pewność idą w zapomnienie.

Craig jakiś czas po tych wydarzeniach z żoną Effie wybiera się w jej rodzinne strony. Na zadupiu trafiają na stary dom zwany Walhalle. Dom z trzynastoma sypialniami, biblioteczką, salą balową i dużą ilością zakamarków. Od dłuższego czasu stoi pusty, ale Craig się zakochał wręcz uważa że ten dom to on. Z jego słów można odnieść wrażenie, że jest on przedłużeniem jego męskości.

Dom oczywiście ma swoją historię, a centralną jej postacią jest twórca domu Jack Belias, były hazardzista, choć dla niektórych był to diabeł wcielony, który nie jednemu zawalił życie. I powoli to samo zaczyna robić z życiem małżeństwa Bellmanów. Effie doświadcza dziwnych zdarzeń, a do tragicznych zdarzeń dochodzi podczas inspekcji, a sam Craig zaczyna się zmieniać.

Książka to taki horrrowy page-turner. Prosty i bardzo wciągający. Z murów Walhalli wieje grozą. Zwrotów akcji trochę jest, a do tego ciekawe zakończenie. Historie ze starymi domami mają coś w sobie i ten motyw jakoś nie prędko mi się znudzi. Dodatkowo tutaj ciekawi bohaterowie są zaletą, a najbardziej podobała mi się Effie. Silna babka realnie stąpająca po ziemi za wszelką cenę próbująca znaleźć wyjście z sytuacji w nadziei, że jej małżeństwo przetrwa kryzys.

Zdecydowanie jest to powieść dla wielbicieli horrorów i im go polecam, a tytuł podsunął mi Tommy z Samotni. Miejsca pełnego książek i zajrzyjcie koniecznie tu do niego po więcej tytułów z motywami nawiedzonych domów.

Wydawnictwo Albatros
Walhalla, Graham Masterton
s. 400, 2012 rok wydania (org. 1995)
Ocena: 5-/5
O książce na goodreads

Buu! [Dom na wzgórzu – Peter James]

W przypadku Petera Jamesa obcowanie z jego lekturą przeze mnie ograniczyło się póki co tylko do jednej lektury. Pogrzebany bardzo mi zapadł w pamięć i aż się dziwie, że jakoś odkładałem inne jego powieści. James tym razem bierze się za grozę. Horror z domem i duchami w roli głównej niedawno przerabiałem. W wersji polskiej czytając Siódmą duszę Wardziaka czuło się napięcie i ogólne zło czające się w kątach. W Domu na wzgórzu możecie liczyć jak najbardziej na dreszcze i trochę zaskoczeń.

Przeprowadzka w nowe miejsce to w zasadzie na tyle stresujące zajęcie, że możne przyprawić o kupę nerwów. Oli z żoną Caro i córką Jade z Brighton sprowadzają się na prowincję. Kupili dom na wzgórzu Cold Hill. Dom specyficzny i chyba z nadmiarem spełniający ich potrzeby. Problem w tym, że stał on pusty przez długi czas i wymaga pewnych nakładów finansowych, aby doprowadzić go do stanu używalności takiego, aby cieszyć się choćby świetnym basenem w ogrodzie. Malownicza okolica wprowadza nowych mieszkańców mimo wszystko w dobry nastrój, bo z mieszczuchów wydaje się, że w miarę szybko zaadaptują się do nowych warunków. Caro jest radcą prawnym i po pewnym czasie z chęcią wraca na prowincję, Jade mimo, że zostawiła wszystkich przyjaciół w Brighton, to jakoś daje rade w końcu z internetem nie jest tak źle. Poza tym nie jest to jakiś koniec świata. Oli pracuje z domu i rozkręca interes. Wszystko idzie gładko i fajnie. Mimo, że każdy dzień przynosi jakieś dodatkowe koszty remontowe.

Jest tylko mały problem.

Kilka drobnych szczegółów, które dość dają do namysłu mieszkańcom. Koleżanka Jade rozmawiając z nią przez neta używając FaceTime’a widzi starszą kobietę. Jade się obraca i oczywiście nikogo nie ma. Czy to była babcia? Pewnie tak, tylko dlaczego nic nie mówiła. Z kolei Olie na wzgórzu spotyka starszego jegomościa, który kiedyś pracował w domu w którym mieszkają. Kim był? No właśnie to jest problem Olie nie spytał, a reszta mieszkańców wioski nie kojarzy nikogo takiego. Zaczynają się dziwne sytuacje. Olie dostaje dziwne smsy czy informacje znikające na kompie. Do tego jeden z klientów Jade jest medium i w rozmowie z nią mówi, że jej ciotka ostrzega ją i jej rodzinę przed nowym lokum, a dokładniej przed tym co tam się czai. Oczywiście ciotka od roku nie żyje i Caro puszcza wszystko w zapomnienie. Jednak jakże szybko będziesz szukała kontaktu i pomocy. Oj będzie.

Trudno jest opisać, to jaką atmosferę autor stworzył w książce, ale jest ona powoli zagęszczana i nastroje bohaterów gwałtownie się zmieniają. Oli mimo chyba najbardziej namacalnego obcowania z tym co jest w domu stara się uspokoić żonę, a im bardziej próbuje to zrobić tym coraz więcej pojawia się powodów dla których obawy co do mieszkania w Cold Hill są uzasadnione.

Książka jest napisana dość zgrabnie i czyta się ją bardzo szybko. Jedyny problem, to zakończenie. Troszkę tutaj brakowało mi takiego jeeeeeeeeeeb. I zaskoczenia większego. I suma summarum jest ono dość bliskie pewnemu filmowi z 1999 roku, ale nie będziemy przecież spoilerować i ciekaw jestem czy tylko ja mam takie wrażenie.

Z pewnością nie ma tu nic odkrywczego i tak jak w przypadku lektury Wardziaka mieliśmy kilka sprawdzonych pomysłów, to całość jak najbardziej na plus. Nie ma tu flaków wylewających się z kart książki bardziej autor skupił się na klimacie i jest to cel który w stu procentach zrealizował. Jak najbardziej polecam.

Wydawnictwo Albatros
Dom na wzgórzu, Peter James
s. 384, 2016 rok wydania (org. 2015)
Ocena: 4/5
O książce na goodreads

Chore, chore.. mniam mniam [Ludzie z bagien – Edward Lee]

Nowy rok, zamiast od podsumowań, zaczynam od ostrej lektury. Edward Lee, to pisarz na tyle specyficzny, że chyba jego książki można albo polubić, albo podetrzeć sobie nimi to i owo. I to zdanie nie jest bynajmniej nie na miejscu. Ono jest dostosowane trochę do języka z którym często autor tam się posługuje. Lee dosadnie i bez zbędnych ogródek wali kurwami, czy innymi epitetami, ale robi to na tyle dobrze, że wszystko wpisuje się – przynajmniej dla mnie – w stworzona przez niego wizję zła. Ponieważ jest to już moja trzecia jego książka, nie byłem zaskoczony tym co tam zastałem, ale od ostatniej jego lektury minęło trochę i znów miałem problemy z uśnięciem po odłożeniu książki.

Ludzie z bagien to połączenie kryminału z horrorem. Phil pracował w policji i walczył z grupami narkotykowymi. Podczas jednej z akcji zastrzelił dzieciaka, a do tego użył zabronionej na służbie amunicji. Problem w tym, że tak naprawdę strzelił chłopakowi nad głową, a do swojej broni nic niezgodnego z regulaminem nie ładował. Zmuszony do odejścia ze służby znajduje ratunek u byłego szefa w Crick City, gdzie ma mu pomóc na lokalnym posterunku. Miejscowość tą Phil zna z dzieciństwa, teraz powraca by rozpracować kto stoi za narkotykowym interesem.

Cała kryminalna historia osnuta jest przerażającymi wizjami i zdarzeniami. Dealerzy, którzy zniknęli z rynku zostali obdarci ze skóry. Jak nie trudno się domyśleć coś pewnie ma to wspólnego z tymi ludźmi z bagien. No ma. Bagnowi, bo tak są zwani przez lokalnych, to specyficzna społeczność. Żyli gdzieś głownie na odludziu, zdeformowane ciało i czerwone oczy to ich charakterystyczna cecha. I to co wymyślił Lee i z nimi zrobił, to jest coś, że aż muszę zacytować zdanie z książki właśnie oddające pewnie jego stan umysłu ‚ma bardziej nasrane niż miejscowy szalet’.

O fabule nie będę więcej pisał, bo po co? Wszystko jest ciekawie skonstruowane, a Phil to bohater, który mam wrażenie momentami jest łatwowierny i bardzo ulega wpływom, ale zdradzę, że sprawę do końca doprowadzi, a ten koniec będzie bardzo zaskakujący. W książce poniekąd znajdziemy też analizę i ciekawy obraz życia w tym niezbyt ciekawym miejscu:

– Prawdę mówiąc, to dość typowe dla półświatka. Oznaka statusu. Narkotykowi bossowie biorą sobie za żony atrakcyjne kobiety, a później posyłają je do burdelu. W mieście to była normalna rzecz. To jak kupić sobie koszulę za pięćset dolców i używać jej do sprawdzania poziomu oleju w silniku. Żeby pokazać, że jesteś gość.

Widział to miliony razy. Źródło nałogu nie miało najmniejszego znaczenia, nieważne, kokaina, PCP, amfetamina, heroina; wyraz twarzy zawsze wyglądał identycznie. To nie była przyjemność, a jedynie bardzo wyraźna, choć abstrakcyjna, mieszanina ulgi, obrzydzenia i rezygnacji. Dotyczyło to wszystkich uzależnionych. Był to wyraz twarzy kogoś, kto po raz kolejny poddał się władzy tej części siebie, która czyniła go niewolnikiem.

Nie będę Was zachęcał do tej lektury, bo takie klimaty są specyficzne. Gdyby wyciąć wszystkie przekleństwa z książki pewnie jej objętość spadła powiedzmy o 1/4, może 1/3? Norma to takie zdania jak na przykład:

Wsioki w tej okolicy wpierdalają pył jak, kurwa, dzieciaki watę cukrową na jebanym festynie


Stan umysłu podczas pisania tej książki to pewnie niezły kawał pracy dla jakiegoś socjologa, albo psychonalityka. Jest tej w książce dużo obrzydliwych scen i podobnego języka, ale tego się spodziewałem i można powiedzieć, że się nie zawiodłem. Lee w formie, zło w czystej ociekającej krwią postaci. Osobom o mocnych nerwach polecam, to nie jest deserowa lektura, ale jak najbardziej polecam się zmierzyć z pewnego rodzaju talentem tego pisarza.

Ludzie z bagien, Edward Lee
Replika, s. 400 | 2012 (org. 1994)
Ocena: 4/5
O książce na goodreads

Widmo [Ostatni pasażer – Manel Loureiro]

1939. Przed wybuchem wojny. Brytyjski węglowiec Pass of Ballaster wpływa w gęstą mgłę, której towarzyszy mróz, co jest dziwne zważywszy, że mamy sierpień. Kiepska widoczność niemal doprowadza do kolizji z niemieckim wycieczkowcem o dźwięcznej nazwie Valkire. Na statku o dziwo brak załogi, pustka, żywej duszy nie ma oprócz… żydowskiego niemowlaka zwiniętego w koc. Niespotykana sytuacja dla załogi Pass of Ballaster będzie miało duże znaczenie, Valkire odciśnie piętno w ich głowach. 70 lat po tych wydarzeniach dziennikarka Kate Kilroy dochodzi do siebie po śmierci Roberta. Próbuje to zrobić poprzez powrót do pracy i przejęcie ostatniej sprawy męża. Sprawa dotyczy kupna statku przez Isaac Feldman, który zapłacił niebotyczną sumę za Valkire, która została zezłomowana i stała w jednym z doków. Feldman ma wizję co do wydarzeń i zniknięcia załogi wycieczkowca. Czy uda mu się dotrzeć do prawdy, czy statek poradzi sobie z nowymi pasażerami? To wydają się być główne pytania.

To pierwsza powieść tego hiszpańskiego pisarza jaką miałem przyjemność czytać. Loureiro zasłynął serią o zombie pt. Apokalipsa Z. Tutaj sięgnął po motyw statku widmo i trzeba przyznać, że sama atmosfera na Valkire kipi zagrożeniem, które stopniowo narasta. Bardzo dobrze wypadło pomieszanie teraźniejszości z przeszłością, duch 1939 roku unosił się i dało się to wyczuć. Z kolei motyw z duchem męża, czy seks z nim (jako duchem) totalnie jakoś zepsuł mi tu obraz i to nie dlatego, że już nie pamiętam czy duch był na górze czy na dole (co byłoby nielogiczne) hehe I niestety dobra groza przeplata się trochę z takimi dziwnymi pomysłami, bo są momenty przerażające i są jakieś takie troszkę odpychające. Przez co mam trochę mieszane uczucia po tej lekturze i wolę pamiętać tą grozę i po to sięgałem po tę pozycję. Zagadka całego zniknięcia załogi jest przemyślana, choć nie brakuje niewyjaśnionych motywów, ale widocznie taki był zamysł, aby nie do końca wyjaśniać i niektóre tajemnice pozostawić tajemnicami.

Kolejne książki Loureiro czekają na czytniku. Postaram się niedługo serię z zombie nadrobić, a co do statku widmo, to polecam wszystkim obejrzeć świetny Statek Widmo z m.in. Gabriel Byrne’em. Na zachętę klip Mudvayne z tego filmu.

Wydawnictwo Muza
Ostatni pasażer, Manel Loureiro
s. 480, 2014 rok wydania
Ocena: 3/5
O książce na goodreads

Święta z wampirem [NOS4A2 – Joe Hill]

Wprawdzie już miesiąc po świętach, ale czytając Joe Hilla można w pewien sposób wrócić do tamtych klimatów. Syn znanego pisarza, który świetnie pracuje na swoje nazwisko postanowił poszukać grozy w Świętach Bożego Narodzenia. I bynajmniej nie będzie to brak prezentów pod choinką.

Bohaterów jest paru. Vic – dziewczyna z rowerem, który pozwoli jej dojechać tam, gdzie jest toć czego szuka. Trudne dzieciństwo doprowadzi ją daleko, przez psychiatryk, aż do poszukiwań Gwiazdkowej Krainy. Czym ona jest? Jest to miejsce stworzone przez Charlie’go Manxa. Kraina ma służyć dzieciom. On je wyzwoli, przecież wie co je czeka, wie że będą nieszczęśliwe. On wie najlepiej. Dzieci lubią święta. Pojadą z nim. Każdy lubi śnieg. Każdy lubi Mikołaja i jego prezenty. Wystarczy wsiąść do rolls royce (wraith’a oldmobila) z rejestracją NOS4A2.

Pomysły Hilla są bardzo wciągające. To pisałem chyba nawet przy okazji lektury innej jego książki. Można trochę analogii też dostrzec. W Rogach główny bohater miał swój atrybut, który poniekąd służył jakoś oczyszczeniu i wyrzuceniu z siebie wszystkiego co może prowadzić do naprawy sytuacji (albo znacznemu pogorszeniu), tutaj Vic ma swój Most Krótsza Droga, który pośrednio też służy naprawie swoich błędów. W ogóle trzeba przyznać, że autor w swoich książkach bardzo korzysta z takich nadzwyczajnych atrybutów, bo też były rogi, pudełko w kształcie serca, tutaj mamy magiczny most i do tego rollsa. Wydaje się, że dwie pierwsze książki to takie preludium do tego co się dzieje tutaj. Z pożytkiem dla czytelnika. Vic dzięki swoim mocom, będzie musiała zmierzyć się z Upiorem. Upiór będzie chciał coś od Victorii. Walka będzie przednia.

Jeśli ktoś nie czytał wcześniejszych książek Hilla, to koniecznie musi nadrobić. Lekkość stylu i świetna atmosfera tak charakterystyczna dla jego ojca tutaj znajduje swoje miejsce, z resztą w poprzednich książkach klimat też był i to jeszcze momentami zacniejszy. Po lekturze połowy książki przestał mi się śnić po nocach Manx, może dlatego że wtedy akcja przybiera na tempie, a jak wiadomo w śnie pośpiech nie jest wskazany. No nic, brnę w jakieś odmęty. Kończę i polecam 🙂

Wydawnictwo Albatros
NOS4A2,  Joe Hill
s. 752, 2014 rok wydania (org. 2012)
Ocena: 4/5
O książce na goodreads 

Blokersi [Domofon – Zygmunt Miłoszewski]

Dobre złego początki. Tak można nazwać start Agnieszki i Roberta w Warszawie. Kupili oni tam skromne małe mieszkanie w bloku na Bródnie. Mieli dość dobre plany, ale już po drodze do stolicy podczas wyprzedania było blisko wypadku. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Nie zdawali sobie sprawy, że jeśli chodzi o dobroć, to zaczyna się zjazd po równi pochyłej.

Ekipa czekała na nowych lokatorów. Można zaczynać wprowadzanie, a tu jednemu z lokatorów widna obcięła głowę. Nici z pierwszego zaplanowanego wieczoru. Agnieszka i Robert zaczynają przeżywać trudne chwile. Męczą ich koszmary. On zaczyna swoje malarskie popisy i stopniowo coraz bardziej przerażają jego żone. Wszystkiego dopełnia utrata pracy przez Roberta. W powietrzu wisi coś złego, a wspomniane sny są przerażające i bardzo realistyczne. Co gorsza żaden z lokatorów nie może opuścić budynku. Jeden z lokatorów zdaje się mieszkać w budynku od zawsze i chyba coś ukrywa.

Nie widziałem czego mogę się spodziewać po tej książce. W zasadzie nie zrobiłem rozeznania. Ostatnio Miłoszewski dostał nagrodzony za swoje kryminały, tutaj jednak daleko do tego gatunku. Jest to bardziej powieść grozy. Niepokoje towarzyszące bohaterom skutecznie dają się odczuć czytelnikowi. Szczegółowy opis mieszkańców pozwala nam wyrobić sobie zdanie o nich, a mamy tu dość duży przekrój grup społecznych, bo oprócz młodego małżeństwa, jest też małżeństwo z nieposłusznym dzieckiem, starsza dewotka, czy też dziennikarz alkoholik (książka bez alkoholika książką straconą!). Ich problemy doskonale połączone zostały z grozą, czyli jest wykorzystana przez siły nadprzyrodzone. Wewnętrzna walka jaką prowadzą bohaterowie ma różne skutki i dużo zależy od ich siły wewnętrznej. Poza tym ten na pozór nieciekawy blok i jego pospolitość okazała się być świetnym miejscem na horror. Nie licząc tych nadprzyrodzonych sił, to wszystko jest typowe i każdy z nas mógłby mieszkać w takim lokum. Tylko ciekawe ilu z Was po tej lekturze bez problemu wsiądzie do windy?

Wydawnictwo W.A.B,
Domofon, Zygmunt Miłoszewski
s. 360, 2012 rok wydania 
Ocena: 4/5
O książce na goodreads 

Demony w kobiecej postaci [Sukkub – Edward Lee]

Kobiety z natury chyba są demonami. Zastanawialiście dlaczegóż nieśmiały facet nie może czasem zagadać do pięknej niewiasty? Może to nie jest nieśmiałość, a urok kobiety działa tak na osobnika, że mu się coś w głowie robi? A wyobraźcie sobie sytuacje w której rzeczywiście kobiety mogą podporządkować sobie innego osobnika i to nie tylko mężczyznę, mogą wtedy zrobić z nim wszystko. Nawet go zjeść.

Książka zaczyna się prologiem. Już na wstępie od autora dostajemy test. Przebrniesz przez początek przepadniesz w reszcie. Już pierwsze zdanie nie pokoi. Gotowali tutaj głowy. Odkrycie śladów Ur-loków. Plemienia zagadki, który nie ugiął się pod naporem różnych mocarstw. Zawsze potrafili zapanować nad niebezpieczeństwem. Trzon plemienia stanowiły kobiety. Mężczyźni byli sługami. Robili wszystko co tylko chciały. Zachcianki były przeróżne, głównie seksualne. W końcu Sukkub to wg. definicji przybierający postać nieziemsko pięknej kobiety demon. Demon znaczy zły. Ur-loki posiadały swoją hierarchię. Kto był najniżej (faceci) ten lądował na talerzu.

Ur-lokowie cenili sobie wyjątkowo smak ludzkiego mózgu, powoli gotowanego w czaszce. Głowa dusiła się we własnym sosie przez wiele godzin, a potem otwierano ją za pomocą kamiennego młotka. Specjalnie w tym celu szkolili niektórych niewolników, zwanych cok-braegans, co dosłownie oznacza „gotujący mózgi”. No i potem serwowano te mózgi na gorąco, nakładano na chleb owsiany.

Yummy! Hehe no ale tak jak pisałem prolog to taki test czy ta książka jest dla Was. Następnie jak już jesteście dalej, to poznacie Ann Slavik. Prawniczkę. Teraz to już Panią Prawnik. Świętowanie sukcesu w pracy będzie chciała przeżyć wyprawie do Paryża razem z piękną córką i partnerem. Wszystko zaplanowała, ale cały czas czuje niepokój jakiś. Męczą ją koszmary, do tego księżyc w jakąś dziwną fazę wchodzi i świeci na różowo-czerwono. Niepokój. Niepokój. I jednak będzie musiała odwiedzić rodzinne miasto Lockwood. Nawet się nie spodziewa jakie będą tego prawdziwe powody, a do miasta krętą drogą zmierzają już dwaj uciekinierzy z psychiatryka. Socjopata Duke i Erik. Po drodze urządzają niezłą rzeź.

No to, tyle, chyba jeśli chodzi o fabułę. Edward Lee stworzył brutalny horror w którym jest na dodatek dużo seksu. Co przy sukkubach musi mieć miejsce. Wyobraźnia autora zdaje się nie mieć granic. I może to trochę odpychać ta wyobraźnia, ale z drugiej strony fabuła na tyle wciąga, że człowiek przepada w tej szaleńczej okultystycznej tajemnicy miasteczka Lockwood. Obraz stanu psychicznego Ann Slavik został tak przedstawiony, że w pewnym momencie nie wiadomo, czy to rzeczywistość czy to jeszcze sen. Zabieg celowy i autor do końca trzyma w niepewności przyszłość sukkubów i całego Lockwood.

Warto sięgnąć po książkę jeśli przygotowani jesteście na iście niezłą jazdę pod tytułem wyobraźnia Edwarda Lee. Ciekawy zabieg jest przy opisach aktów seksualnych często prowadzących do śmierci, co tylko potęguje demoniczny obraz działań sukkuba. Oczywiście nie dla każdego to, tak jak pisałem, ale psychologii trochę tu jest, ciekawe motywy okultystyczne i do tego świetnie skonstruowana społeczność Ur-loków. Odważnym polecam 🙂

Wydawnictwo Replika
Sukkub, Edward Lee
s. 328, 2011 rok wydania (org. 1992)
Ocena: 5/5
O książce na goodreads

Obudzony [Macki – Harry Adam Knight]

Ha! Dziś na świecie królują duchy i takie tam różne gusła. Wprawdzie kto wierzy w gusła temu dupa uschła, ale czasem zdrowo jest się dobrze wystraszyć. Z pomocą przychodzi tu Harry Adam Knight. Australijski pisarz, którego poznać możemy dzięki wydawnictwu Phantom Press. Wydawnictwo to poznałem na studiach odwiedzając antykwariaty za niewielkie pieniądze można było dostać książkę z kiczowatą okładką, ale za to z ciekawą treścią. Tak poznałem m.in. Usule K. Le Guin i jej cykl o Ziemiomorzu, a od Knighta poznałem tylko jedną książkę tj. Gen i wspomnienia z tej lektury na tyle były silne, że zapragnąłem poznać kolejny jego horror tj. Macki.

Akcja zaczyna się od odwiertów prowadzonych przez firmę Nirex. Zagrożenie skażenia środowiska prowadzi do protestów. Podczas takie protestu i przy jednym z odwiertów najpierw naukowcy trafiają na jakaś masę włochatą, a później dochodzi do wystrzelenia gejzeru ze żrącą substancją. Wydarzenie to jest istną masakrą i nieliczni tylko przeżywają. Między innymi Anna protestująca, która jednocześnie jest żona głównego bohatera Clive’a Thomasa, który jest jednym z.. naukowców Nirexu. Annie przez moment wydawało się, że widzi coś żywego w okolicach odwiertu, jednak nikt do tego nie przywiązuje wagi, gdyż stres wtedy był ogromny i nie do końca wszystko było chyba takie jak jest. W ciągu kilku dni wszystko nabiera tempa. Z ludźmi zaczynają się dziać dziwne rzeczy i dochodzi do zgonów i zaginięć. Zaczyna się istna masakra i nie wiadomo, czy świat przetrwa zderzenie z dziwnym tworem obudzonym pod ziemią.

Ha! Jak widzimy fabuła nie jest jakoś skomplikowana. Jest dość obrazowo przedstawiona przez autora. Trupy padają w prawie każdym rozdziale do tego okraszone wszystko jest dużą ilością krwi, aczkolwiek wszystko z pewnego rodzaju umiarem, choć ataki stwora z każdego możliwego kanału, czy nawet ubikacji momentami mogą wyglądać groteskowo.

Widać, że założeniem autora było przerazić czytelnika obrazem zniszczenia i samą sytuacją znalezienia się w takim położeniu. Nie ma tu jakichś subtelności które możemy spotkać u Kinga, czy Blackwooda. W zasadzie trudno polubić niektórych bohaterów, gdyż tak szybko giną. Trzeba też przyznać, że nie zabrakło pokazania człowieka jako jednostki która w nawet w momencie takiego zagrożenia będzie chciał jeszcze wykorzystać sytuacje do osiągnięcia swoich niecnych celów.

Jak widać jest to horror niższej kategorii, ale sprawnie napisany i myślę, że niejednemu wyjadaczowi w ten hallowenowy czas może przypaść do gustu. Ja polecam zapoznać się przynajmniej z Genem, który jak pisałem na wstępie jest świetny. W każdym razie z mojej strony możecie spodziewać się jeszcze jakichś starych staroci z Phantom Press.

Wydawnictwo Phantom Press
Macki, Harry Adam Knight
s. 220, 1991 rok wydania (org. 1986)
Ocena: 3/5
O książce na goodreads

Duchowa walka [Pudełko w kształcie serca – Joe Hill]

Przyszedł czas na Hilla. Pudełko w kształcie serca. Jego powieściowy debiut jest bardzo bliski twórczości jego ojca czyli Stephena Kinga. Jest mrok, są duchy i jest przede wszystkim groza. Jest przede wszystkim ciekawy pomysł, czyli to co jest gwarantem przykucia czytelnika do książki i zwolnienia go tylko w przypadku gdy mu się zachce siku.

Historia dotyczy Judasa Coyne’a. Gwiazdy rocka. Gwiazdy, która powoli gaśnie. Zespół w którym grał rozpadł się po różnych pokręconych przypadkach. Śmiertelnych trzeba dodać. Judas kolekcjonuje różne pierdoły jedne bardziej, drugie mniej przydatne. W internecie pojawia się aukcja na której można kupić ducha (czyli znów rzecz mniej przydatna). Właścicielka ducha dość ciekawie opisuje ducha. Zimno w domu, różne dziwne rzeczy dziejące się, czyjeś kroki, czyjaś obecność. Coyne szybko korzysta z opcji KUP TERAZ, a co tam w najgorszym przypadku straci $1000, a w najlepszym będzie miał zabawę. Jednak z tą zabawą nie do końca wyjdzie dobrze. Przesyłka dociera. Garnitur nieboszczyka w pudle w kształcie serca. Jest duch zaczyna się zabawa. Duch ma swoje plany.

To co Joe Hill odziedziczył po sławnym ojcu to z pewnością styl. Tak jak on, z łatwością buduje napięcie, którego ciężko nie wyczuć w bohaterach zmagających się z siłą nieczystą. W kilku powieściach Kinga miałem tak, że czytając książkę wiedziałem, że za chwilę coś się wydarzy, że coś pierdyknie i tutaj też tak jest. Hill robi to na swój sposób, ale nie trudno uniknąć skojarzeń.

Horror autorowi wyszedł niezły. Nie jest to coś co będzie się mi śniło po nocach, ale z ciekawym obrazem okultyzmu i dużą rolą zwierząt w tych sprawach. Dochodzenie do prawdy o co w tym wszystkim chodzi jest ciekawie opisane, a rozwój postaci ducha jest jeszcze ciekawsze i koniec końców mi się bardzo podobało, choć niektórych rzeczy w pewnym momencie można się było spodziewać, ale bardziej od tego w sumie tutaj ważniejsza jest groza, a pod tym względem jest dobrze.


Z perspektywy czasu Pudełko w kształcie serca byłoby chyba jeszcze lepsze dla mnie gdyby nie to, że mam za sobą lekturę Rogów (do poczytania tutaj), ale i tak jest świetnie, więc po co wybrzydzać na siłę, a NOS4A2 już czeka 🙂

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Pudełko w kształcie serca, Joe Hill
s. 328, 2007 rok wydania
Ocena: 4/5
O książce na goodreads

Dziołcha [Dziewczyna z sąsiedztwa – Jack Ketchum]

Nie wiem czemu, ale jakoś tak siadając do lektury Ketchuma i Dziewczyny z sąsiedztwa miałem pewne wyobrażenie, że tytułowa dziewczyna będzie tą złą. Spodziewałem się z jej strony czynów jakichś złych, czynów odrażających. Takie czyny były, ale nie w jej wykonaniu. I to było dobre zaskoczenie w stosunku do mojego nastawienia. Wczoraj pisałem o napięciu podczas czytania Kinga. Tutaj początkowo wszystko się rozwijało i wydawało mi się, że lektura będzie lekka i przyjemna. Było inaczej. Stres też był. I trudne sytuacje.

Historię z dzieciństwa opowiada Dave. Początkowo wydaje się, że nie jest to jakoś specjalnie dziwna historia i będzie przyjemnie. Poznaje nas ze swoimi kolegami, opowiada jak to się robiło, to czy tamto, jak się raki łapało i spędzało bezstresowo dzień. No bezstresowo to trochę przesadziłem, gdyż jego rodzice mieli ze sobą na pieńku i wszystko u nich zmierzało ku rozwodowi. I ten brak zainteresowania u rodziców widocznie miał wpływ na, to iż Dave szukał kogoś dla kogo był ważny i kto traktowałby go bardziej poważnie. Znalazł to za płotem u Chandlerów. Ruth z trójką synów. Po pewnym czasie do tego grona dołączyła Meg i Susan ich dalekie kuzynostwo. Trafiają tam po wypadku w którym zginęli ich rodzice. Ruth bierze ich pod swoje skrzydła. To co się tam dzieje, raczej wykracza poza normalny umysł. Przeraża i to bardzo. Znieczulica dzieci. Szukanie aprobaty, akceptacji i w pewnym sensie jakiegoś zajęcia z nudów, czy po prostu z ciekawości prowadzi do nieszczęścia.

Przyznaję, że długo podchodziłem do tej książki. They say that good things take time. Siadłem wczoraj wieczorem i książkę odłożyłem dopiero po przeczytaniu ostatniej strony. Totalne zaskoczenie jak można z ludzi zrobić potworów. Wszystko widzimy oczami Dave’a dzięki czemu możemy bardziej poczuć jak on i z pewnością taki był zamysł autora, aby dzięki temu znaleźć w nas trochę współczucia, aby w pewnym sensie postawić nas przed trudnym wyborem jaki miał Dave, pomóc albo dać zdominować się złu, a zło czaiło się za płotem. Ruth to w pewnym sensie stało się synonimem zła. Trudno mi uwierzyć, że książka ta jest na napisana podstawie prawdziwej historii. Przerażające. Jeśli tak, to ile jeszcze jest takich nieopowiedzianych rzeczy?

Polecam wszystkim pragnącym poczuć dreszcze i szukającym w pewnym sensie wyzwania, nie zdziwię się jeśli ktoś w pewnym momencie odłoży książkę. Ja nie potrafiłem.

Wydawnictwo Papierowy Księżyc
Dziewczyna z sąsiedztwa Jack Ketchum
s. 301, 2009 rok wydania (org. 1989)
Ocena: 5/5
O książce na goodreads

Zakopać, albo nie? Oto jest pytanie! [Cmętarz Zwieżąt – Stephen King]

Święta, świętami, ale kiedy to było? Teraz będzie o atmosferze też rodzinnej… o atmosferze sielankowej…. ale do czasu. Muszę przyznać, że Kinga już dawno nie miałem w łapach. Będzie ładnych parę lat. Powodów jest dużo, ale czas nadrobić zaległości. Po lekturze Cmętarza Zwieżąt z pewnością warto.

W zasadzie nie ma znaczenia gdzie żyją nasi bohaterowie. Ważne jest co robią. Rodzina Creedów sprowadza się do Ludlow i zamieszkuje w pięknym domu. Po drugiej stronie dość ruchliwej drogi mieszkają mili starsi sąsiedzi, którzy pomagają się im tam zaaklimatyzować. Za domem Creedów jest ścieżka prowadząca do pewnego cmentarza. Jak widać po tytule jest on przeznaczony dla zwierząt. Krajobraz tego miejsca zdobią nagrobki i podpisy zrobione przez dzieci.

Historia jest dość dobrze napisana. King świetnie buduje nastrój i klimat. Rodzina Creedów ma ciekawe życie i autor stara się zrobić niezłą sielankę, pokazuje jak to wszyscy tam się kochają. Poczynając od ich kota Churcha, którego kochała córka Creedów Ellie, a kończąc na ich synu Gage’u. I poniekąd ta miłość jest źródłem całego nieszczęścia. King wszystko świetnie załamuje i nagle wszystko się kończy i zaczyna się zjazd.

Dawno nie czytałem książki z takim napięciem. Czytałem czytałem czytałem, wiedziałem wiedziałem wiedziałem, że zaraz się coś stanie.. że to już.. już.. i to następowało i czekałem na konsekwencja działania bohaterów, to napięcie było wręcz przyciągające i uzależniające. Trudno było się oderwać. Trudno było pogodzić się z losem niektórych bohaterów. Trudno było nie zrozumieć tego co robił Louis w pewnych momentach, a czasem trudno było czytać o tym co robi jak już to robił.. heheh a mi teraz trudno pisać i nie spoilerować (jakie jest polskie określenie tego słowa?).

Muszę przyznać, że ostatnią książką czytaną z takim skupieniem było Rose Madder też Kinga. Ma on niebywały talent budowania nastroju, to z pewnością. I głównie z tego powodu polecam ją tym co nie czytali. Mimo, że jest napisana przeszło 30 lat temu nie czuć upływu tych lat. Język jest prosty i najbardziej przyswajalny dla każdego. Nic tylko czytać. Warto.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Cmętarz Zwieżąt Stephen King
s. 424, 2009 rok wydania (org. 1983)
Ocena: 5/5
O książce na goodreads

Gnijący świat [Pierwsze dni – Rhiannon Frater]

Rhiannon Frater to autorka książek o wampirach i zombie. Ponieważ ostatnio klimat tych drugich mnie bardziej przyciąga, może za rzadko się myje i stąd ta atmosfera mi pasuje, a może to przez córkę która często ostatnio kupki robi. Mniejsza z tym. Książka jest i była i się przeczytała. W zasadzie ona się sama czyta. Tak się siada i można szybko skończyć. Akcja, akcja i jeszcze raz akcja, no i ciekawi bohaterowie, a w zasadzie dwie bohaterki z resztą chyba widać, że pisała książkę kobieta (choć może nie po okładce), bo dużą miarę autorka przywiązuje do kreacji postaci i do tego jakie mają odczucia widząc na przykład jak np. mąż pożera dziecko. Scena może brutalna, ale do świata zombie pasująca.

Brnę w rozmyślaniach, a tu trzeba by coś o fabule. Jest ona w miarę prosta i podobna do tej znanej np. z Walking Dead. Poznajemy Jenni, której mąż ugryziony dzień wcześniej przez włóczęgę rano skonsumował jedno z dzieci, kolejne dziecko też ugryzione zmieniło się w coś złego i pragnęło dostać się do mamy bynajmniej w celu przytulenia. Z opresji Jenni ratuje Katie, która akurat przejeżdżała i usłyszała jej krzyk. Katie straciła żonę (tak, lubi kobiety, nie lubi zombie) i uciekała w jakimś niekreślonym kierunku. Dziewczyny uciekają i od razu przechodzą ciężkie chwile. Rodzi się między nimi więź. Nie jest ona lesbijska (choć takiej próby nie zabraknie), ale jak to określiła jedna z bohaterek więc taka jak między żołnierzami na wojnie, którzy przeżyli trudne chwile razem co cementuje ich przyjaźń.

Kobiety uciekają z miasta szukając schronienia. Na każdym kroku gdzieś natykają się na zombie, choć są też miejsca gdzie ludzie nie są jeszcze świadomi zagrożenia. Docierają do miejsca, które kojarzy mi się z Woodbury, tylko że chyba lepiej zorganizowane. Stopniowo wszystko się zmienia i jak to w małych grupach nie brakuje spięć, ogólnie jest akcja.

Co do bohaterek autorka bardzo skupia się na ich seksualności szczególnie jeśli chodzi o Katie. Z Jannie jest trochę inaczej bo tu mamy przemianę i uwolnienie się jej od brutalnego męża. Zachowuje się jak spuszczona ze smyczy i wyżywa się na zombie jak tylko wlezie. Loca to dobra ksywa jaką jej przypisał jeden z bohaterów.

W zasadzie książkę mogę z czystym sercem polecić tym co lubią klimaty zombie, flaki, krew, jelita, walające się mózgi, szybką akcję i w miarę ciekawe bohaterki. Autorka podjęła ciekawą próbę stworzenia obrazu bezpiecznego fortu w samym środku piekła i kolejne części pokażą (chyba), czy bezpieczeństwo zostanie zachowane. Kolejne części zostawię chyba sobie na jakiś urlop, bo wydaje mi się, że będzie to dobry czas na taką lekturę.

Słówko jeszcze co do wydania, które miałem okazję czytać. E-book. Niestety jest ona totalnie nie do przyjęcia z prostego powodu. Brakuje jednego rozdziału! Przynajmniej w tym kupionym na woblinku. Już im dałem znać, bo sam wsparłem się wersją angielską, ale chyba wydawca nie bardzo się przyłożył do sprawdzenia co wrzuca czytelnikom. Do tego style stron są nie podpięte prawidłowo i po prostu w niektórych rozdziałach tego brak. Póki co ebooka nie polecam kupować, a szkoda tej sytuacji bo zniechęca to do rynku e-czytelnictwa.

Wydawnictwo Vesper
Pierwsze dni, Rhiannon Frater
s. 352, 2013 rok wydania
Ocena: 3/5

Endemia Michała Gacka w paru słowach

Dziś będzie o książce polskiego autora. Gdzieś przeczytałem, że to nie jest książka dla każdego. I chyba trafiło na mnie.

Endemia autorstwa Michała Gacka, bo o niej mowa, to horror psychologiczny z elementami fantastyki. Akcja skupia się wokół kilu bohaterów. Olga, Anka, Tamara, Irena i Arkadiusz. Wszystkich ich jakoś ciągnie od wioski o nazwie Kniecieniec. Jest to wiocha jak każda inna, no prawie. A jak wiadomo prawie robi różnice. Jeśli weźmiemy pod uwagę deszcze żab, zbiorowe halucynacje czy inne czynniki to już nie będzie takie małe prawie. W Kniecieńcu był kiedyś zakład chemiczny i wszystko wskazuje na to, że jakieś testy które się tam odbywały mają wpływ na lokalną społeczność.

Przyznam, że ciężko mi się czytało. Parę razy mieszało mi się to i owo, ale jakoś wytrwałem do końca, bo autor stworzył taki dziwny klimat w tej książce i w zasadzie to zapamiętam z tej książki. Klimat dopełniają dobre ilustracje oddające właśnie tą atmosferę.

Nie będę się rozwodził na tą pozycją. Może kogoś bardziej wciągnie ta historia niż mnie. Ostatnio takie emocje przeżywałem podczas igrzysk oglądając curling. No niby fajne, ale nie dla mnie. Czasem tak bywa.

Atropos
Endemia, Michał Gacek
s. 216, 2012 rok wydania
Ocena: 1/5